Zgniły wosk i czarna lawa: Dlaczego zamieniłem niemiecki gabinet na Lanzarote.

Porzuciłem sterylny gabinet w Niemczech i dyplom terapeuty, by na wulkanicznych skałach Lanzarote zostać Dead Doula i prowadzić klub stoicki dla zagubionych rodaków. Przeczytaj, dlaczego ucieczka przed biurokracją dusz prowadzi prosto w ramiona prawdziwej, nieoswojonej żałoby.

Share
Zgniły wosk i czarna lawa: Dlaczego zamieniłem niemiecki gabinet na Lanzarote.

Słuchaj, znasz to dziwne uczucie, kiedy otwierasz w Gabinecie w Niemczech sterylnie czystą szufladę, a zamiast skrawka ludzkiego życia znajdujesz w niej tylko kolejny formularz ubezpieczeniowy? Ja też je znam. Przez długi czas wytrwale dążyłem do tego, by na ścianie mojego swieżo otwartego gabinetu zawisł oprawiony dyplom Heilpraktiker für Psychotherapie. Brzmiało dumnie, prawda?

Certyfikowany spokój na godziny, mierzony w stawkach za sesję, z dywanem o idealnym włosiu tłumiącym szloch i zegarem, który tykał tak poprawnie, aż robiło się niedobrze. Ludzie przychodzili tam ze swoimi starannie poukładanymi depresjami, z lękami skrojonymi na miarę niemieckich norm, a ja kiwałem głową z tą wymuszoną, terapeutyczną empatią, czując, jak przez palce przecieka mi coś o wiele bardziej autentycznego. Płacili za to, żebym pomógł im dopasować ich połamane dusze z powrotem do systemu, który te dusze połamał. To nie była praca z żałobą; to była księgowość rozpaczy.
W pewnym momencie zrozumiałem, że dłużej nie chcę być urzędnikiem ludzkiego nieszczęścia. Biurokracja dusz ma w sobie coś głęboko obrzydliwego. Kiedy pacjent płacze, a ty w duchu sprawdzasz, czy minęła już pięćdziesiąta minuta, to wiedz, że śmierć stała się urzędnikiem, a życie – przeterminowanym produktem w markecie. Spakowałem więc ten cały terapeutyczny cyrk, podarowałem dyplom jakiemuś młodszemu idealiście, który wciąż wierzy, że pięć kroków do szczęścia zmieści się w broszurze, i wsiadłem w samolot na południe.

Teraz patrzę na Ocean Atlantycki gryzący czarne skały Lanzarote i wreszcie oddycham czymś, co nie pachnie środkiem do dezynfekcji podłóg. Zostałem tym, co ludzie ze strachem w oczach nazywają Dead Doula. Brzmi mrocznie? Doskonale. W gruncie rzeczy robię to samo, co kiedyś w gabinecie, tylko bez udawania, że jutro będzie lepiej. Pomagam obcokrajowcom – tym wszystkim zagubionym duszom, które uciekły przed własnym zimnem na tę wulkaniczną wyspę – spojrzeć prosto w oczy temu, co w nich poumieralo. Bo widzisz, człowiek ucieka na koniec świata, żeby zostawić za sobą przeszłość, a potem dziwi się, że piasek z Lanzarote chrzęści mu w zębach dokładnie tak samo jak piasek pod Berlinem czy Warszawą. Żałoba nie zna granic państwowych, a najgłośniejszy krzyk to ten, który milczy pod palmami, bo przecież na wyspie wiecznego słońca nie wypada być smutnym.

Przychodzą do mnie turyści, expaci, ludzie złamani nagłym zniknięciem kogoś bliskiego albo po prostu własnego dawnego życia. Siedzą na wulkanicznym żwirze, wiatr targa im włosy, a ja po prostu z nimi jestem. Nie daję rad, nie wyciągam chusteczek w pastelowych kolorach. Uczę ich dotykać tego, co odeszło. W Małym Księciu było oswajanie, pamiętasz? „Jeśli mnie oswajasz, będziemy siebie potrzebować”. Z umieraniem i końcem jest dokładnie tak samo. Dopóki udajesz, że trup nie siedzi z tobą przy śniadaniu, trup rządzi całym twoim dniem. Kiedy wreszcie zaprosisz go do stołu, nakryjesz dla niego i powiesz mu głośno w twarz: „wiem, że tu jesteś”, nagle robi się lżej. Oczy są ślepe na to, co najważniejsze, dopóki nie przepłaczesz tego, co zasłania ci widok.

A skąd wziął się pomysł na klub stoicki dla Polaków i polskich turystów tutaj, na tej spalonej słońcem skale? To wcale nie narodziło się z mądrych ksiąg Marka Aureliusza czy Seneki, choć kurzu na nich przez lata nazbierałem sporo. To wyszło z czystej, polskiej rozpaczy, pomnożonej przez słoneczny urlop. Polak na wakacjach to osobne zjawisko biologicznopolityczne. Przyjeżdża tu z bagażem kredytów, zmęczenia, historycznych traum i wielkich oczekiwań, że oto palmowy raj wymaże mu fakturę za prąd i zdradę żony. I kiedy wpada w ten oceaniczny krajobraz, nagle zderza się z ciszą, której panicznie się boi. Bo w ciszy słychać własne myśli, a Polak bez hałasu czuje się, jakby nagle przestał istnieć.

Założyłem ten klub nie po to, żebyśmy cytowali starożytnych mędrców nad sangrią. Założyłem go po to, żebyśmy przestali zgrywać twardzieli. Spotykamy się tam, gdzie czarna lawa spotyka się z bezmiarem wody. Siadamy bez garniturów, bez korporacyjnych masek, bez tego całego nadęcia, z którym przyjeżdżamy z kraju. Rozmawiamy o tym, co nieuchronne, o przemijaniu, o tym, że wszystko, co kochamy, jest ze szkła. Stoicyzm w moim wydaniu to nie jest zaciskanie zębów i tłumienie łez; to zgoda na to, że świat ma nas w głębokim poważaniu, a jedyną wolnością, jaką mamy, jest to, z jaką twarzą przyjmiemy kolejne uderzenie losu.
Ludzie pytają mnie czasem, dlaczego porzuciłem bezpieczny fotel terapeuty dla wulkanu, śmierci i gromadki zagubionych rodaków szukających sensu życia na hiszpańskiej prowincji. Odpowiadam im krótko: wolałem przestać sprzedawać ludziom iluzję, że życie można posprzątać. Bo życie to nie jest gabinet. Życie to rany, sól w oczach, wiatr w twarz i świadomość, że jutro może nas tu nie być.

A ty? Czekasz jeszcze na właściwy moment, żeby wreszcie przestać udawać, że jesteś nieśmiertelny?