Ostatni akord na własnych zasadach: Dlaczego warto zaplanować koniec życia?

Śmierć to temat tabu, a zaplanowanie własnego końca – papierów, emigracji i pogrzebu – to dowód miłości dla bliskich. Zobacz, jak zdjąć z nich ten ciężar.

Share
Ostatni akord na własnych zasadach: Dlaczego warto zaplanować koniec życia?

Słuchaj, znasz to uczucie, kiedy po ciężkim dniu siadasz w końcu na kanapie, pijesz ciepłą kawę i nagle przelatuje Ci przez głowę myśl: "A co, jeśli jutro mnie zabraknie?".
Zazwyczaj wtedy szybko odganiamy tę wizję, jakby była uporczywą muchą brzęczącą nad uchem. Bo o śmierci nie wypada rozmawiać przy obiedzie, a co dopiero planować ją, kiedy człowiek ma przecież zaplanowany urlop na przyszłe lato, kredyt do spłacenia i świeżo posadzone pomidory na balkonie. Tyle że... odkładanie tego na później to trochę tak, jakby ruszać w dłuższą podróż sportowym samochodem bez zapiętych pasów i z rezerwą w baku. Niby nic się nie stanie, ale jak na drodze wyskoczy niespodziewana przeszkoda – boli znacznie mocniej, niż musiałoby boleć.
Rozsiądź się wygodnie. Porozmawiajmy dzisiaj o czymś trudnym, ściskającym za żołądek, ale jednocześnie niesamowicie uwalniającym. O planowaniu końca życia bez tabu, bez korporacyjnego żargonu, bez nudnych prawniczych definicji i bez cienia sztucznego zadęcia. Porozmawiajmy o tym jak ludzie.

Papierkowa robota z ludzką twarzą, czyli jak zdjąć ciężar z barków bliskich

Wyobraź sobie konkretną sytuację. Pewnego dnia trafiasz do szpitala. Jesteś nieprzytomny, wokół migają śledzące Twoje funkcje życiowe monitory, a lekarze stają w drzwiach i zadają Twojej rodzinie pytania o decyzje, których nikt z Was nigdy, przenigdy nie omówił przy stole. Bliscy płaczą na korytarzu, targają nimi potworne wyrzuty sumienia, a w głowie każdego z nich kołacze się tylko jedna, rozdzierająca myśl: "Co on by teraz zrobił? Czy chciałby, żebym go tak trzymał za wszelką cenę, czy pozwoliłby mu odejść?".
Możemy oszczędzić im tego emocjonalnego piekła. Naprawdę możemy. I wcale nie potrzebujemy do tego sztabu drogich prawników.

  • Testament to nie żaden cyrograf z diabłem: To po prostu list miłosny pisany na czas Twojej nieobecności. Zapisujesz w nim czarno na białym, kto ma dostać Twoją ukochaną kolekcję płyt winylowych, kto stary motocykl, a kto mieszkanie. Robisz to po to, żeby po Twoim odejściu najbliżsi nie rzucili się sobie do gardeł przy stole notarialnym, zamiast wspólnie opłakiwać stratę. Jasne zasady to święty spokój dla żywych.
  • Pełnomocnictwo medyczne i dyspozycje na wypadek utraty świadomości: Wskazujesz konkretną osobę – kogoś, komu ufasz jak własnej duszy – i mówisz jej wprost: "Ty decydujesz za mnie w gabinecie lekarskim, kiedy ja nie będę w stanie wypowiedzieć nawet jednego słowa". Dajesz tej osobie tarczę ochronną w starciu z bezdusznym systemem medycznym, który bez takiego papierka często jest bezradny albo działa mechanicznie, przedłużając cierpienie wbrew wszelkiej logice.

Życie i umieranie na emigracji – gdy Twoje serce bije w dwóch krajach

Znasz to uczucie, kiedy budzisz się rano, za oknem szumi zupełnie obcy język, a ulubiona kawa w lokalnej piekarni smakuje inaczej niż w rodzinnym mieście? Życie na emigracji to fascynująca przygoda, budowanie domu od zera, nowe znajomości i sukcesy. Ale ma też swoje drugie, mroczniejsze dno, o którym rzadko rozmawia się przy grillu czy wieczornym piwie.
Wyobraź sobie, że mieszkasz od lat w słonecznej Hiszpanii, deszczowej Szkocji, w pracowitym Berlinie albo gdzieś na drugim końcu świata. Co się stanie, jeśli Twój ostateczny czas dobiegnie końca tam, tysiące kilometrów od rodzimego podwórka, grobów dziadków i kościoła, w którym brałeś ślub?

  • Logistyczny rollercoaster dla pogubionej rodziny: Ściągnięcie ciała do Polski to nie jest zamówienie paczki kurierem z opcją "next day". To skomplikowana machina: międzynarodowe przepisy sanitarne, tłumaczenia przysięgłe każdego dokumentu, korowód urzędników, konsulaty i koszty, które potrafią dosłownie zrujnować budżet pogrążonej w żałobie rodziny. Pieniędzy brakuje na samą stypę, a co dopiero na spedycję międzynarodową.
  • Rozwiązanie? Jasna dyspozycja i pragmatyzm: Jeśli wiesz na sto procent, że chcesz spocząć w rodzimej ziemi, obok swoich bliskich, powiedz o tym głośno. Zostaw na piśmie dokładne instrukcje. Pomyśl o wykupieniu ubezpieczenia repatriacyjnego – uwierz, to często groszowe sprawy w skali roku, a w krytycznym momencie ratują sytuację. Z drugiej strony... przemyśl scenariusz alternatywny. Może spoczynek tam, gdzie zbudowałeś swoje drugie domostwo, gdzie masz przyjaciół i ukochany park, ma w sobie więcej sensu? Bliscy mogą tam przychodzić z kawą, zamiast jechać tysiąc kilometrów autostradą. Decyzja należy do Ciebie, ale musi być podjęta teraz, kiedy masz trzeźwy umysł.

Twój ostatni akord, czyli pogrzeb na własnych zasadach

Porozmawiajmy wreszcie o samej ceremonii pożegnania. Czy zauważyłeś, że większość tradycyjnych pogrzebów wygląda dokładnie tak samo? Smutne twarze, sztywne czarne ubrania, nudna, sztuczna mowa klechy lub mistrza ceremonii, który widzi Cię pierwszy raz w życiu, i ten wszechobecny, przejmujący ziąb na cmentarzu, od którego marzną stopy.
A gdyby tak podejść do tego zupełnie inaczej? Jak do ostatniej wielkiej imprezy, którą wyprawiasz dla swoich ludzi?

Pomyśl o tym jak o reżyserowaniu własnego pożegnania. Kto powiedział, że musisz leżeć w drogiej, tradycyjnej trumnie, jeśli wolisz kremację i rozsypanie swoich prochów pod ulubionym dębem w lesie? Dlaczego Twoja rodzina ma cierpieć przy żałobnych organach, skoro wolałbyś, żeby na pożegnanie z głośników poleciały utwory Davida Bowiego albo starego, dobrego rocka?

Kiedy zostawiasz spisaną wolę dotyczącą pogrzebu, zdejmujesz z barków rodziny gigantyczny, niemal paraliżujący ciężar. Oni nie muszą się wtedy kłócić na stypie o to, czy wolałbyś tradycyjny pochówek, czy urnę, ani czy na wieńcu powinny być białe lilie, czy czerwone róże. Mają gotowy, stworzony przez Ciebie scenariusz. Dzięki temu mogą po prostu usiąść koło siebie, powspominać Twoje najgorsze żarty, pośmiać się przez łzy i wypłakać bez dodatkowego stresu organizacyjnego.

Finansowa poduszka bezpieczeństwa – zrób prezent żywym

Nikt z nas nie lubi rozmawiać o pieniądzach w kontekście śmierci, bo od razu czujemy ten niesmak: "Jak to, wyceniać ludzkie życie?". Tyle że koszty pogrzebu w dzisiejszych czasach potrafią zwalić z nóg. Zasiłek pogrzebowy z państwowej kasy często pokrywa zaledwie ułamek faktycznych wydatków na zakład pogrzebowy, miejsce na cmentarzu, kwiaty i stypę.
Zostawienie bliskich z pustym kontem i rachunkami do opłacenia to ostatnie, czego chcesz. Specjalny fundusz na ten cel albo proste ubezpieczenie na życie, które wypłaca pieniądze w ciągu kilku dni od zgłoszenia zgonu, to czysta troska. To Twój sposób na powiedzenie: "Zadbałem o Was, nawet kiedy już mnie nie ma".

Od czego zacząć, żeby nie zwariować?

Nie musisz robić rewolucji dzisiejszego wieczoru. Nie musisz biec natychmiast do notariusza z drżącymi rękami. Wystarczy jeden mały, symboliczny krok:

  1. Usiądź z kubkiem ulubionej kawy w piątkowy wieczór, kiedy domownicy pójdą już spać.
  2. Weź czystą kartkę papieru i wypisz w punktach to, co naprawdę siedzi Ci w głowie – od tego, co ma się stać z Twoimi książkami, po wizję samego pożegnania.
  3. Porozmawiaj o tym przy kolacji z kimś, komu ufasz. Na początku może być niezręcznie, ktoś pewnie machnie ręką i powie "oj, daj spokój, po co o tym gadasz". Ale obiecuję Ci, że po tej trudnej rozmowie powietrze w pokoju zrobi się lżejsze, a Ty poczujesz dziwny, niesamowity spokój.

A Ty? Masz już w głowie poukładane, jak chcesz, żeby wyglądał Twój finał, czy wolisz na razie udawać, że ten temat w ogóle nie istnieje?