Ciężar właściwy kurzu.
W słoiku po musztardzie leżą zgaszone zapałki. Przez lata uczyłem się ważyć każdy dzień, nazywając go błogosławieństwem lub przekleństwem. Dziś przestałem krwawić z powodu rys na ego. Rzeczy po prostu się dzieją.
Na blacie w kuchni stoi słoik po musztardzie wypełniony zgaszonymi zapałkami. Zbieram je od dłuższego czasu, właściwie bez żadnego wyższego powodu, po prostu z nudów albo z tej dziwnej potrzeby ocalenia czegoś, co zużyło swój jednorazowy płomień i stało się bezużyteczne. Drewniane patyczki o czarnych, zwęglonych końcach wydzielają cierpki zapach siarki i starej piwnicy, gdy poruszam nimi palcem. Kiedyś próbowałem dzielić je na lepsze i gorsze – te, które zapłonęły od razu i ogrzały czajnik, oraz te, które złamały się w połowie, zostawiając mnie w ciemności z zimną wodą. Dziś to już nie ma żadnego znaczenia. W słoiku leżą obok siebie tak samo czarne, tak samo lekkie i tak samo skończone.
Przez lata uczyłem się nadawać etykiety wszystkiemu, co mnie spotykało. Nazywałem jedne dni błogosławieństwem, inne przekleństwem, a ludzi dzieliłem na tych, którzy ratują dom przed pożarem, i tych, którzy ten pożar podkładają. To było niezwykle męczące zajęcie, wymagające ciągłego trzymania gardy i noszenia w kieszeni wirtualnej wagi. Każde wydarzenie musialo przejść przez sąd kapturowy mojego ego. Złamana noga w środku zimy? Katastrofa. Ucieczka kota, który nie wracał przez trzy doby? Tragedia. Przypadkowo spotkany obcy człowiek, z którym wypiłem gorzką kawę na dworcu? Dar od losu. Dopiero po bardzo długim czasie, gdy stawy zaczęły boleć na deszcz, a w szafie zostały po bliskich tylko za duże swetry pachnące naftaliną, zrozumiałem, jak absurdalne było to ciągłe ważenie wiatru.
Rzeczy po prostu się dzieją, zupełnie bez mojego pozwolenia i bez konsultacji z moim poczuciem sprawiedliwości. Deszcz nie pyta, czy umyłem okna, zanim zaciemni szybę. Śmierć sąsiada z naprzeciwka nie jest ani niesprawiedliwa, ani sprawiedliwa – jest po prostu faktem, tak samo jak to, że mleko w lodówce kwaśnieje po kilku dniach. Kiedy przestałem krwawić z powodu każdej rysy na własnym ego i zacząłem patrzyć na swoje życie jak na stary, wysłużony teatr, w którym grałem zarówno króla, jak i inspicjenta od wygaszania świateł, zrobiło się dziwnie cicho. Ta cisza na początku boli bardziej niż wrzask, bo nie ma w niej już nikogo, kogo można oskarżyć o błąd w reżyserii.
Otwieram okno na oścież, choć na zewnątrz wiatr ciągle wieje i patrzę przez okno na góry ognia i ciągle zielone kaktusy w ogrodzie. Wpuszczam do środka to, co jest, zamiast uszczelniać szpary watą i papierem. Usiądę sobie przed laptopem bez koszulki, w końcu pierwszego października mam 31 stopni za oknem, a na stole i tak paruje niesłodzona herbata, w której pływa pojedynczy okruszek chleba. Przyglądam się temu dziwnemu zjawisku bez lęku i bez wdzięczności. Po prostu czuję, jak temperatura w pokoju wyrównuje się z tą na zewnątrz, a moje myśli stają się tak samo przezroczyste i ciepłe jak szyba, której nikt od dawna nie przecierał.
Zostało mi dokładnie tyle przeszłości, ile zmieści się w szufladzie starego biurka, i dokładnie tyle przyszłości, ile potrafię objąć jednym oddechem. Nie ma już żadnych dobrych ani złych kart, które trzymam w ręku, są tylko te, które rozdano na samym początku, i stół, przy którym siedzę zupełnie sam.