Architektura dwuminutowego cmentarza: O nekromancji internetowych koszyków.
Dwie minuty dopaminy za pół portfela. O cyfrowej nekromancji, kupowaniu niepotrzebnych rzeczy i cmentarzach własnych ambicji ukrytych w koszykach internetowych sklepów.
Siedzę przy biurku w małym domu, przez którego okna widać czarne, wulkaniczne żebra Lanzarote i bezlitosny, oślepiający błękit oceanu, a w moim koszyku w jednym z tych bezosobowych, lśniących sklepów internetowych lśni kolejna rzecz, której nie potrzebuję bardziej niż rybka roweru. Znasz to uczucie? Klikasz „kup teraz”, a przez dokładnie sto dwadzieścia sekund twoje nadnercza produkują koktajl tak słodki, że aż zęby bolą. Dopamina strzela w żyłach jak tani szampan sylwestrowy, świat na moment staje się prostszy, a dziura w piersi – ta mała, czarna dziura, z którą każdy z nas budzi się rano – zostaje na chwilę zatkana plastikowym badziewiem z drugiego końca świata.
Większość ludzi uważa, że nekromancja to machanie kośćmi i przyzywanie umarłych, którzy cuchną wilgocią z grobu. Bzdura. Prawdziwa sztuka ożywiania zwłok odbywa się codziennie w tysiącach salonów, kiedy człowiek próbuje wskrzesić własne poczucie sensu za pomocą paczki od kuriera. Ożywiamy martwe emocje za pomocą świeżutkich kart kredytowych. Kupujesz sprzęt sportowy, bo przecież od jutra będziesz biegał po wulkanicznych ścieżkach wokół Timanfayi (choć ostatni raz biegałeś, kiedy gonił cię pies sąsiada). Kupujesz kolejną książkę, której nigdy nie otworzysz, albo gadżet z LED-ami, który ma sprawić, że twoje życie nabierze barw cyberpunkowego neonu. Przez moment wierzyłeś, że to cię zmieni. Że ten martwy kawałek plastiku albo silikonu przyniesie ci duszę.
A potem mija te cholerne sto dwadzieścia sekund.
Kurier mozolnie wspina się furgonetką pod górę w Haría, karton ląduje na podłodze, a ty zostajesz sam na sam z rozciętą taśmą klejącą, smrodem chińskiej fabryki i portfelem, który nagle stał się lżejszy, chudszy i dziwnie bezbronny. Zaglądasz w głąb siebie, a tam ta sama pustka, tylko przygnieciona nowym gratem. To jest właśnie najczystsza nekromancja moich czasów: taniec z trupem własnych niezrealizowanych ambicji, ubieranie szkieletu nudnej egzystencji w jednorazowe fatałaszki z wyprzedaży. Ożywiamy zwłoki marzeń o sobie samych, wiedząc doskonale, że po zmroku znowu zamienią się w popiół.
Mały Książę powiedziałby pewnie, że najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. I święta prawda, bo oczami widzimy tylko to, co błyszczy na ekranie telefonu, skłaniając nas do kolejnego bezsensownego kliknięcia. Oscar Wilde dodałby pewnie z cynicznym uśmiechem, że cynik to człowiek, który zna cenę wszystkiego i wartość niczego. My znamy cenę. Płacimy za nią w ratach, płacimy za nią nadgodzinami w pracy, której nienawidzimy, żeby zarobić pieniądze na rzeczy, których nie chcemy, po to by zaimponować ludziom, których nie lubimy. Piękny, okrągły teatr cieni. Zbieramy te wszystkie martwe przedmioty wokół siebie, budujemy z nich szafy, garaże i strychy pełne mauzoleów nas samych z przeszłości – dowodów na to, jak bardzo chcieliśmy być kimś innym, niż jesteśmy.
I wiesz co? Grób, który sobie w ten sposób kopiesz na wyspie wiecznego wiatru, wcale nie jest głęboki. On jest po prostu zagracony.
Popatrz na swoje mieszkanie, podczas gdy za oknem szumi surowy, atlantycki wiatr. Ile tam leży rzeczy, które miały cię ocalić przed nudą, przed starością, przed przerażającą świadomością, że czas ucieka przez palce jak piasek na plaży w Famara? Każdy niepotrzebny zakup to mały nagrobek postawiony pochopnie podjętej decyzji. Groby są zazwyczaj ciche, ale twoje mieszkanie hałasuje krzykiem tysiąca niepotrzebnych rekwizytów, które nie potrafią mówić, ale doskonale pamiętają, że wydałeś na nie pieniądze przeznaczone na święty spokój.
Zatrzymaj się więc na chwilę przed tym koszykiem. Zanim palec drgnie na myszce, zanim pozwolisz tej dwuminutowej fali hormonów zalać ci mózg jak taniej fali powodziowej, zadaj sobie jedno proste, bolesne pytanie: czy naprawdę wskrzeszasz teraz kawałek swojego życia, czy po prostu kupujesz kolejny wieniec pogrzebowy na własny koszt?