Po co i dla kogo to wszystko: rachunek sumienia współczesnego wędrowca

Share
Po co i dla kogo to wszystko: rachunek sumienia współczesnego wędrowca

Słuchaj, powiedz mi szczerze: czy też masz czasami wrażenie, że całe to nasze bieganie, zakładanie firm, zmienianie paszportów i układanie życia od nowa to tylko rozpaczliwa próba ucieczki przed prostym faktem, że nikt z nas nie wie, po co właściwie wysiadł na tej stacji? Mam czterdzieści sześć lat, a w głowie wciąż ten sam hałas, który towarzyszy człowiekowi, kiedy po raz pierwszy zda sobie sprawę, że zegar nie ma wstecznego biegu. Po co to wszystko? Po co targać walizki przez pół Europy, zostawiać za sobą piętnaście lat niemieckiego betonu, sprzedawać dom, podpisywać papiery u notariusza i pakować się na wulkaniczną skałę wystającą z Atlantyku?


Odpowiedź, którą zazwyczaj słyszymy od świata, jest wygodna i gładka jak stół z Ikei: robisz to dla kariery, dla lepszego klimatu, dla świętego spokoju, żeby uciec przed podatkami albo złapać oddech w cieniu palm. Ale to wierutne kłamstwo, w które wierzą tylko ci, którzy jeszcze nigdy nie spojrzieli śmierci – albo własnej samotności – prosto w oczy. Kiedy zmieniasz kraj w połowie życia, nie uciekasz przed geografią. Uciekasz przed własną miałkością. Chcesz wreszcie przestać udawać, że system, w którym funkcjonujesz, ma jakiekolwiek znaczenie wobec ciszy, która przyjdzie na samym końcu.


Dla kogo to wszystko robię? Z całą pewnością nie dla tych, którzy potrzebują braw, poklasku i uznania w mediach społecznościowych. Robię to dla tych wszystkich, którzy czują, że nowoczesność z jej korporacyjnym pędem, plastikowym coachingiem i panicznym lękiem przed starością zafundowała nam gigantyczne kłamstwo. Kłamstwo, że życie jest projektem do optymalizacji, a śmierć jest tylko technicznym błędem w Excelu, który trzeba szybko posprzątać. Kiedy zostajesz dead doulą – kiedy decydujesz się towarzyszyć ludziom w ich ostatecznych przejściach, stawać się stoickim partnerem w drodze – nagle cała ta powierzchowna gorączka spływa z ciebie jak brudna woda po ulewie. Zostaje tylko naga struktura: ty, drugi człowiek i absolutna kruchość każdej minuty.


Lanzarote nie jest rajem z katalogu biura podróży. To jest miejsce, gdzie Ziemia nie nosi żadnych masek. Czarny bazalt, ocean ryczący o skały i wiatr, który wywiewa z głowy wszystkie bzdurne kalkulacje. Tam człowiek zadaje sobie pytanie "po co?" z zupełnie innej perspektywy. Przestajesz pytać, jak zarobić kolejny milion albo jak zadowolić sąsiadów, a zaczynasz pytać: co zostanie ze mnie, kiedy zgasną wszystkie światła? Dla kogo piszę te słowa? Dla tych nielicznych wariatów, którzy czują, że pod powierzchnią codzienności bulgocze coś głębszego. Dla ludzi, którzy wiedzą, że prawdziwe życie zaczyna się dopiero wtedy, gdy odważysz się stracić kontrolę nad wszystkim, co dotychczas uważałeś za bezpieczne. I powiedz mi teraz, patrząc na własne dłonie: czy naprawdę chcesz spędzić resztę dni na udawaniu, że wszystko jest pod kontrolą, podczas gdy w głębi duszy doskonale wiesz, że płonie w Tobie ogień, którego nie da się ugasić żadnym urzędowym formularzem?

Read more