> ## Content Index
> Fetch the complete content index at: https://www.stoicspace.org/llms.txt
> Use this file to discover other available public pages before exploring further.

# Kradzież w wulkanicznym pyle: O tym, jak pamięć robi z nas głupców.
- URL: https://www.stoicspace.org/kradziez-w-wulkanicznym-pyle-o-tym-jak-pamiec-robi-z-nas-glupcow/
- Published: 2026-09-17T09:54:32.000Z
- Updated: 2026-09-17T09:54:32.000Z
- Description: Moja głowa nie dba o wielkie daty ani wyblakłe certyfikaty sukcesu, zachowując zamiast tego bezużyteczne drobiazgi i irytujące wspomnienia. Czas nie pyta o zgody i zostawia w spadku jedynie to, co kapryśna podświadomość uznała za stosowne.
- Author: Adam Naborczyk
- Tags: monologi

Słuchaj, przestępstwem byłoby wmawiać komukolwiek, że moja pamięć to eleganckie, skórzane archiwum z wypisanymi równym kaligraficznym pismem teczkami, w których składuję wyblakłe paragony z najszczęśliwszych wakacji i certyfikaty własnej, niezłomnej rozsądności. O nie. Moja głowa to raczej duszny strych starej, sknerowatej przekupki, która wyrzuca bez żalu złote monety, a zazdrośnie i z nabożną czcią przechowuje nadpsutą cytrynę z 2012 roku, bo miała taki ciekawy, nieregularny kształt. Pamięć ma gdzieś moje życzenia, moje starania o higienę psychiczną i tę drobną, żałosną potrzebę, by w biografii wszystko ładnie się zgadzało i zmieściło w ramach rozsądku. Przechowuje nie to, co zaplanowałem, lecz to, co akurat przypadło jej do gustu, choćby smakowało jak popiół i nie służyło absolutnie do niczego.

  
Mam przed sobą czysty, jasny porządek dorosłego życia: dobrą pracę, opłacone rachunki, precyzyjnie poukładane kubki w szafce. A jednak wystarczy, że ktoś na ulicy potrąci mnie ramieniem albo w radiu zagra trzy sekundowy akord zapomnianej piosenki, a cała ta misternie budowana fasada pęka jak cienka tafla lodu na zapomnianej kałuży. I oto nagle nie jestem tu, gdzie jestem. Stoję w deszczu przed zamkniętą bramą cmentarza albo – co gorsza – na rozgrzanym, betonowym podwórku z dzieciństwa, czując w ustach smak tanich lodów wodnych i paniczny lęk przed tym, że mama nie wróci z zakupów na czas. Dlaczego akurat to? Dlaczego pamiętam ten jeden durnowaty szczegół – zieloną plamę rdzy na furtce sąsiada, który krzyczał na psa – a wyparowało ze mnie nazwisko nauczyciela, który uratował mój rok z matematyki i wpłynął na całą moją karierę?

  
Dorośli są śmieszni w swojej naiwnej wierze w logikę i przyczynowość. Myślą, że budują pamięć jak piramidy z ciosanego kamienia, tymczasem budują ją jak zamki z piasku, w które morze i tak uderzy z boku, zostawiając tylko to, co najdziwniejsze, najbardziej oporne i głuche na racjonalne argumenty. Pamięć działa jak lis z tej starej bajki, o której dawno zapomniałem: bierze pod uwagę tylko to, co oswoiło się samo, bez mojego pozwolenia, wślizgując się przez szparę w płocie pod moją nieobecność. Prawdziwe skarby mojego życia – te wielkie, oklaskiwane triumfy, chwile, kiedy płakałem ze szczęścia na szczycie górskiego stoku, i te wszystkie mądre rozmowy przy drogim winie – wietrzeją i rozpadają się w pył szybciej niż stary chleb. Za to zapach starej kurtki dziadka, w której nigdy nie było nic ciekawego poza plamą po smarze, trzyma się we mnie z uporem godnym lepszej sprawy.

  
Pomyśl o tamtej podróży na Lanzarote. Wydałem pieniądze, spakowałem najlepsze intencje, leciałem tam z wyobrażeniem, że przeżyję katharsis na tle czarnych, wulkanicznych pustkowi, że zrozumie coś fundamentalnego o wszechświecie, stojąc nad kraterem Timanfaya. Pamiętam, jak słońce paliło skórę, jak pył wdzierał się do oczu, a wiatr targał moimi włosami na krawędzi przepaści, gdzie ziemia wciąż parzyła pod podeszwami? To wszystko miało być wielką lekcją o przemijaniu i potędze natury. A co z tego zostało w mojej głowie po latach? Czy pamiętam majestat tej surowej ziemi? Gdzie tam. Pamiętam tylko małego, z łapami nie za bardzo czystymi kota o jednym zielonym i jednym błękitnym oku, który bezczelnie ukradł mi z talerza w przydrożnej knajpie kawałek suchego chleba i uciekł pod stolik z brudną serwetką w pysku. I ten bezsensowny, pulsujący wściekłością żal do bezpańskiego zwierzaka – oto mój pamiątkowy obraz z wyspy ognia. Pamięć zachowała tę bzdurę, a majestat wulkanów wywiało gdzieś w nieznane.

  
Oczy są naprawdę ślepe. Szukamy esencji w wielkich datach, w kalendarzach zaznaczonych czerwonym flamastrem, w rocznicach ślubów i pogrzebów, które mają nas upewnić, że panujemy nad czasem. A czas śmieje nam się w twarz. Czas nie pyta, co chcę zachować na starość. Wciska mi w głowę bzdury: dźwięk trzeszczącej podłogi w przedpokoju, w którym nikt już nie mieszka od dekady; zapach kurzu na książce, której nigdy nie przeczytałem nawet do połowy; idiotyczną minę chłopaka, który w trzeciej klasie podstawówki oblizał zamarznięty słup ogłoszeniowy. To nie są wspomnienia, to są cienie, które przyszły bez zaproszenia i rozsiadły się na środku mojego salonu z brudnymi butami na drogim dywanie.

  
Wszystkie te starania o zachowanie wspomnień w nienaruszonym stanie przypominają próby zatrzymania dymu w zaciśniętej pięści. Im mocniej ściskam, tym szybciej przeciska się między palcami, zostawiając jedynie czarny osad i zapach spalenizny. Moja głowa nie dba o to, co było ważne dla mojego ego. Ma własny, cyniczny algorytm, który wybiera z przeszłości tylko te fragmenty, które potrafią boleć w najmniej oczekiwanym momencie albo rozśmieszyć wtedy, gdy powinienem zachować powagę. Jestem tylko muzeum cudzych eksponatów, które ktoś napchał do moich sal bez mojej zgody, podczas gdy spałem zmęczony życiem.

  
I co z tym zrobię? Mogę się wściekać. Mogę udawać, że panuję nad swoim wnętrzem, że jestem kapitanem okrętu, który płynie tam, gdzie wskaże gwiazda. Ale gówno prawda. Płynę tam, gdzie niesie mnie prąd głupich, kapryśnych detali, które moja podświadomość uznała za ciekawsze od całego mojego dorosłego CV. Pamięć jest jak kapryśny król z pustynnej planety, który każe poddanym przynosić nie diamenty, ale zasuszone róże z obcych ogródków, bo tylko one pachną dla niego domem, którego nigdy nie miał, i starym, bezwartościowym piaskiem.  
Zastanawiam się nad tym dzisiaj wieczorem, kiedy gaszę światło i zostaje tylko tykający zegar oraz surowy chłód pościeli. Jaką bezużyteczną, bolesną bzdurę moja głowa zachowa z dzisiejszego dnia, kiedy wszystko inne dawno już zgnije i zniknie w ciemności?