Kamienie, popiół i ostatnie drzwi: dlaczego w wieku 46 lat wybieram Lanzarote.

Share
Kamienie, popiół i ostatnie drzwi: dlaczego w wieku 46 lat wybieram Lanzarote.

Słuchaj, powiedz mi szczerze: czy też masz czasami wrażenie, że całe nasze życie to tylko nerwowe układanie mebli w pokoju, który zaraz ktoś zechce spalić? Mam czterdzieści sześć lat na karku, w kieszeni paszport z mocno wytartym orłem, a w głowie bagaż, który z każdym rokiem ważył coraz dziwniej. Spędziłem piętnaście lat w Niemczech. Piętnaście lat wdychania zapachu wilgotnego asfaltu nad Renem, urzędowej precyzji, która potrafi zamrozić serce, oraz zapisków w kalendarzach, gdzie nawet śmierć wydaje się planowana z trzydniowym wyprzedzeniem. Znałem tu każdy kąt, każdy odcień szarości na fasadach kamienic i każde milczenie moich sąsiadów, którzy woleliby umrzeć z samotności, niż zapytać o sól przez płot. Znałem to na pamięć, aż w końcu poczułem, że ta przewidywalność staje się najwygodniejszą trumną, jaką można sobie uszyć na miarę.


Spakowałem się, bo w pewnym wieku człowiek zaczyna rozumieć to, o czym mały chłopiec w złocistych włosach zapomniał powiedzieć swoim dorosłym czytelnikom: najważniejsze jest niewidoczne dla oczu, ale cholernie dobrze słyszalne w ciszy, kiedy odcinasz wszystkie kable trzymające cię przy starych przyzwyczajeniach. Przeprowadzam się na Lanzarote. Wiem, wiem, dla większości to kraina z prospektów biur podróży, beztroski koktajl z parasolką i wulkaniczny piasek parzący w stopy urlopowiczów, którzy przyjeżdżają tu na dwa tygodnie, żeby na chwilę uciec przed własnymi małżeństwami. Ale ja patrzę na tę wyspę zupełnie inaczej. Dla mnie Lanzarote to skrawek surowego, czarnego mięsa Ziemi, wyrzucony prosto z oceanicznego gardła. Tam nie ma miejsca na półśrodki. Czarny bazalt, stary pył niesiony przez wiatr z Sahary, który w oczy gryzie jak niespłacone długi, i horyzont tak ostry, że można by się nim skaleczyć. Ta wyspa nie udaje, że jest miła. Ona po prostu jest. A kiedy miejsce nie udaje niczego, staje się wreszcie przestrzenią, w której człowiek może przestać udawać sam siebie.


Wiesz, dlaczego akurat tam? Bo po latach zajmowania się rzeczami, które minęły, zrozumiałem, że moja praca nie polega na stawianiu pomników, tylko na trzymaniu za rękę kogoś, kto akurat schodzi ze sceny. Ludzie nazywają to różnie, ale ja wolę mówić o sobie: dead doula. Towarzysz przejścia. Ktoś, kto stoi na progu, kiedy drzwi zamykają się od środka, a w pokoju zostaje już tylko zapach zgaszonej świecy i czyjeś niedokończone myśli. W nowoczesnym świecie śmierć stała się czymś w rodzaju brudnej plamy na dywanie – czymś, co należy jak najszybciej zatuszować, wynieść w worku, zdezynfekować i udać, że gość w ogóle nie był zaproszony. A przecież, jak mawiał Oscar Wilde, życie to za poważna sprawa, żeby traktować je serio, ale śmierć... śmierć to jedyny moment, w którym wreszcie zdejmujemy z twarzy te wszystkie śmieszne maski, które przykleiliśmy sobie klejem do tapet w wieku dwudziestu lat.


Lanzarote pasuje do tego fachu jak żaden inny skrawek lądu na tej planecie. Tamtejsza ziemia jest popękana, spękana od słońca i dawnego ognia, a jednak rosną na niej winorośle, które czerpią wilgoć z samej mgły i czarnego popiołu. Czy to nie jest najpiękniejsza metafora żałoby, jaką w ogóle da się wymyślić? Że z najgłębszego zgliszcza, z martwej skały, potrafi wyrosnąć coś, co ma smak cierpkiego, głębokiego wina? Ludzie, których tam spotykam – ci lokalni mieszkańcy, wyspiarze potrafiący patrzeć w ocean godzinami bez mrugnięcia okiem – mają w sobie coś z tej wulkanicznej skały. Nie boją się ciszy. Nie uciekają przed nią w hałas telewizorów czy korporacyjny zgiełk. Oni wiedzą, że ocean prędzej czy później upomni się o swoje, a wiatr i tak zetrze ślady ich stóp z czarnego piasku. Ta świadomość nie rodzi u nich rozpaczy; rodzi niesamowity, niemal arystokratyczny spokój. To jest dokładnie to, czego szukałem przez całe dorosłe życie.


Współczesny nekromanta nie wykopuje trupów nocą na cmentarzu, żeby zadawać im głupie pytania o przyszłość. Współczesny nekromanta to ten, kto potrafi usiąść w pokoju z żywym człowiekiem, który właśnie stracił cały swój świat, i nie ucieka wzrokiem, kiedy tamten zaczyna płakać albo milczeć przez trzy godziny. Niemcy dali mi porządek, ale Lanzarote daje mi prawdę o kruchości. Tamtejsi ludzie uczą mnie, że pożegnanie nie musi być dramatyczną katastrofą z płaczem na pokaz. Może być po prostu cichym skinieniem głowy, tak jak wtedy, gdy żegnasz kogoś wsiadającego na statek, wiedząc dobrze, że nieprędko się zobaczycie, o ile w ogóle. I powiedz mi teraz, patrząc na własne odbicie w ciemnej szybie: czy nie masz czasem ochoty spakować w jedną walizkę całego swojego dotychczasowego życia, wsiąść w samolot lecący tam, gdzie kończy się kontynent, i wreszcie zacząć rozmawiać z żywymi tak szczerze, jakbyś jutro miał rozmawiać z umarłymi?

Read more